W końcu musiał nadejść ten dzień kiedy to aktywowany został kolejny agent The Division. Agentka KinyaBea wkroczyła na niebezpieczne ulice Nowego Jorku i już pierwszego dnia zaprowadziła porządek w Brooklynie. Tak mi się przynajmniej wydaje 🙂

A tak serio, to trochę rozczarował mnie fakt, że przy tak realnie wyglądającym świecie, gra ta ma aż tak ubogą personalizację wyglądu postaci. Tak naprawdę to poza wyborem twarzy, 5 fryzurami i ich bezbarwnymi kolorami oraz tatuażami szyi, nie ma nic więcej do wyboru. Wiecie, nie spodziewałam się kreatora z Black Desert Online, ale tak naprawdę o wiele starsze gry mają zdecydowanie więcej możliwości.

Brooklyn przywitał mnie chłodem. I to dosłownie. Tutaj muszę powiedzieć, że Massive naprawdę się spisał i oddał atmosferę grozy mimo wielu ozdób świadczących o świętach Bożego Narodzenia. Szkoda, że gra ta nie miała swojej premiery właśnie w tym okresie świątecznym…

Mam potwornie zabiegany tydzień, więc tak naprawdę nie miałam czasu pograć. Spędziłam w The Division jak na razie maksymalnie dwie godzinki głównie ucząc się pokonywać przeszkody, chować się za nimi oraz – uwaga, tu Was nie zaskoczę, zwiedzając. Trzy dostępne misje w tej strefie startowej można z pewnością wykonać w kilkanaście minut, ale ja po ich wykonaniu postanowiłam pozwiedzać ten dostępny rejon, gdyż nie jestem pewna, czy będę w stanie tutaj jeszcze wrócić.

Załączam zdjęcia – i sami przyznajcie, że gra wygląda kapitalnie. A do tego naprawdę wspaniałe efekty świetlne, jak i wybijanych szyb, świateł oraz inne. Gdyby nie to, że jestem potwornie zmęczona, to pewnie dzisiaj zalogowałabym się do The Division po raz kolejny.

Mam teraz zdecydowanie za dużo gier do wyboru. Chyba muszę wyjąć kartę graficzną z kompa i powrócić do marudzenia, że nie mam w co grać 🙂