Nie macie czasem wrażenia, że mimo tylu nowych gier MMORPG pojawiających się na rynku, to jednak nie ma jakiegoś ciekawego i wymagającego tytułu, w który można by zagrać?

Odkąd rozstałam się z EverQuest 2, cały czas poszukuję gry, którą mogłabym nazwać domem – wirtualnym oczywiście. Na chwilę zatrzymał mnie ArcheAge, potem The Elder Scrolls Online, a teraz czas wypełniają mi różnego rodzaju gry z gatunku survivali. Ale nadal zastawiam się, czy twórcy gier stworzą kiedykolwiek taki tytuł, który będzie wciągający i wymagał współpracy społeczności, a nie wzajemnego mordowania. Moją wielką nadzieją jest Pantheon: Rise of the Fallen, ale są też i inne produkcje, którym być może warto się przyjrzeć: Camelot Unchained, Project Gorgon tworzony przez dwie osoby i oferujący arcy ciekawe funkcje, a także Shroud of the Avatar – kolejna gra twórcy Ultimy Online.

I właśnie wczoraj wpadłam na genialny pomysł, aby wypróbować Shroud of the Avatar, tym bardziej iż produkcja ta została udostępniona za darmo do końca sierpnia.

Kilka słów o samej grze. Shroud of the Avatar to MMORPG z elementami sandboxowymi, znajdującym się we wczesnym dostępie, oferującym także tryb singleplayer i który od 2014 roku można zakupić na Steam w cenie 36.99 Euro. Tytuł ten zapowiedziany został w 2013 roku i do obecnej chwili twórcom udało się zebrać na ten projekt ponad 11 milionów dolarów. Shroud of the Avatar tworzony jest przez Richarda Garriotta, twórcę Ultimy Online, i zgodnie z jego słowami, ma być jej duchowym następcą, ale z bardziej interaktywnym światem i ciekawą historią.

Ta gra ewidentnie przeznaczona jest dla starych wyjadaczy MMORPG, czyli takich osób, którym podobała się Ultima Online, pierwszy EverQuest i inne podobne tytuły. Prócz rozbudowanego housingu, olbrzymiego świata, ciekawej fabuły za która odpowiada Tracy Hickman, współtwórca świata Dragonlance, gra ta oferuje także ciekawy system questów, w którym tak naprawdę trzeba rozmawiać z NPC aby otrzymać jakiekolwiek misje. A do tego, NPC zapamiętują ponoć profil psychologiczny gracza, więc jeśli raz im skłamiecie albo zrobicie krzywdę, to macie przerąbane już do końca…

To wszystko wygląda pięknie – prawda? I właśnie dlatego postanowiłam skorzystać z darmowego dostępu do gry i ją wypróbować. Wydawałoby się, że będzie to super proste: wystarczy zarejestrować się na stronie i pobrać odpowiedniego klienta. Co też zrobiłam. Było już późno, oczy mi się kleiły…

Niestety, w czasie instalacji zauważyłam, że pliki instalują się w złym miejscu. Co za problem – przerwać instalowanie i zmienić miejsce docelowe. Tia… Tylko aby to zrobić, trzeba było odinstalować te kilka plików, jakie gra zdążyła mi już pobrać. Tak też zrobiłam…

Tyle, że &^%***)*^ instalator Shroud of the Avatar odinstalował mi nie tylko pliki należące do tej gry, ale też wykasował WSZYSTKIE znajdujące się w tym folderze. Folderze nazwanym „Gry” i zajmującym mój 2TB dysk!

^%^(*&()& *(*&&^ % %$#@#@  )&(^% $$#@@!!

Zgadnijcie jakie zajęcie mam od rana? Muszę ściągnąć wszystkie usunięte gry, a to trochę zajmie.

I tyle by było jeśli chodzi o moja przygodę ze Shroud of the Avatar. Nigdy więcej nie tknę tego tytułu i tyle.