Miał to być kolejny spokojny dzień w Wild Appalachia, a wyszło jak zawsze. Logując się do Fallout 76 miałam plan by w końcu ukończyć misje na zagadkowego OwcaSquatacha, a tymczasem stawiłam czoła potworowi z Flatwood oraz odwiedziłam nuklearne pole golfowe Whitespring.

Ale po kolei… Informacja o wykonanym zadaniu „Śmierć z powietrza” – była pierwszą rzeczą, którą zobaczyłam dzisiaj po zalogowaniu się do Fallout 76. A to oznacza jedno: gdzieś spadła atomówka. Rzut oka na mapę i widać od razu, iż Whitesprings zamieniło się w jedna wielką nuklearną strefę.

I teraz zaczęłam się zastanawiać: czy kończyć misje z OwcaSquatchem, czy też może wykorzystać swój zdobyty jakiś czas temu, lekko zakurzony z nieużywania, pancerz wspomagany i udać się w nim do Whitesprings. Pokusa pięknych nuklearnych widoków – bo przecież ja o niczym innym nie myślę w tej grze, była zbyt wielka…

Pierwsza niespodzianka czekała na mnie przy Czatowni znajdującej się nieopodal Whitesprings: Mityczny Potwór z Flatwood.

Niestety, mimo wielu prób nie chciał się ze mną przywitać i kulturalnie pogadać. Wszelkie próby nawiązania przyjacielskiego kontaktu spełzły na niczym i w końcu, po zrobieniu kilkunastu zdjęć i użyciu kilku stimpaków, musiałam zacząć się bronić. Nie było łatwo – ja poziom 37, a on 50, ale w końcu się udało. I gdybym jeszcze mogła go włożyć do słoja i postawić w domu jako okaz…

Po pokonaniu potwora z Flatwood udałam się w końcu do Kurortu Whitespring i muszę Wam powiedzieć, że chyba stanę się fanką atomówek.

Jak tam było pięknie i klimatycznie. Kurort ten jest piękny sam w sobie, ale po wybuchu atomówki, zmienił się nie do poznania. Cudne postapokaliptyczne widoki, promieniowanie, błyskawice, zmieniona roślinność i stworzenia.

A do tego masa graczy, bo na polu golfowym ewidentnie trwały zawody: kto silniejszy i więcej stworów zabije. Graczy było tak dużo, że udało mi się zabić jedynie dwa zmutowane ghoule. Jednak dzięki temu Whitespring było wyczyszczone z przeciwników, a ja mogłam je w spokoju pozwiedzać.

Zużyłam kilkanaście Antyradów, RadX’ów i wiele stimpaków by utrzymać się przy życiu, ale było warto. Wiem, wiem, że do strefy po zrzuconej atomówce idzie się głównie po to by zebrać składniki potrzebne do wytworzenia specjalnych surowców z wysokich poziomów i zabić Królową Spopielaczy. Była to jednak tak naprawdę moja pierwsza wyprawa do tej skażonej strefy, bo wcześniejszych prób podczas których ginęłam w kilkanaście sekund, jakoś nie liczę. Nie ma więc mi się co dziwić, że zamiast strzelać, podziwiałam.

Może następnym razem bardziej przyłożę się do polowania, a nie pstrykania fotek 🙂

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here