W ostatnich dwóch tygodniach nie miałam zbyt wiele czasu by pograć, bo jakimś cudem nabawiłam się „łokcia tenisisty”, jednak – jak możecie zgadnąć – trudno było mi się powstrzymać. Dlatego też po kilku dniach odpoczynku, skupiłam się na fabule w Final Fantasy XIV, czyli czymś co po prostu uwielbiam (sarkazm).

Fabułę z rozszerzenia Stormblood ukończyłam już z miesiąc temu i jak to było w zwyczaju, planowałam zrobić sobie miesięczną przerwę od questów, by się nie zrazić. Niestety, planowanie mi ostatnio nie wychodzi, więc szybciej niż zakładałam zabrałam się za Shadowbringers. I powiem Wam uczciwie, jak na razie historia ta jest tak fascynująca, że klawisz Esc stał się moim najlepszym przyjacielem.

Chyba nigdy nie zrozumiem japończyków i ich masochistycznej przyjemności robienia długich, nudnych questów napakowanych pompatycznymi słowami bez znaczenia i filmikami – przecież na koniec i tak wiemy co się wydarzy: moja postać przyjdzie i naprawi, cokolwiek inni zepsują.

A jak jesteśmy przy masochistycznych przyjemnościach, to dotarłam do zony, co zwie się Rak’tika Greatwood. I tak jak dotychczas byłam zachwycona muzyką w FFXIV, tak w tym miejscu doprowadza mnie ona do wściekłej pasji.

W sumie nie byłaby ona taka zła, gdyby nie to, że każda akcja wykonywana przez postać, ją przerywa i utwór startuje od początku. A pierwsze słowa to „La-hiiii”, więc co chwilę słyszę „La-hiii… La-hiii…. La-hiii…” i mózg zaczyna się lasować. Ba, nawet zasypiając potrafi mi się ona przypomnieć. Dobrze, że nie jestem sama w tych cierpieniach – ilość memów związana z tym utworem jest dość spora 🙂

Wracając do fabuły – jak pewnie już doskonale wiecie, w FFXIV trzeba ją robić, bo to właśnie ona daje nam dostęp do kolejnych instancji grupowych, rajdów, czy też innych wyzwań. I tak naprawdę to właśnie te wyzwania i inne poboczne rzeczy – craft, moda, zbieractwo, łowienie ryb, domki, itd. – trzymają mnie w tej grze. To wszystko znacznie przewyższa niedogodność bycia zmuszonym do robienia misji fabularnych. Zaciskam zęby i robię. Całe szczęście, że zrobię to raz i koniec.

A jak jesteśmy przy wyzwaniach to muszę się pochwalić, że w końcu – po pięciu niedzielach prób i nauki – wraz z Szajlą, Muotckiem i ekipą z Time Travel, udało nam się ukończyć Second Coil of Bahamut. Wredna Nael w końcu padła i to… z pierwszego pulla! Ta walka była naprawdę sporym wyzwaniem i jestem niesamowicie szczęśliwa, że mimo iż jest to boss z „podstawki” byłam w stanie pokonać go w taki sposób, w jaki został zaprojektowany (min item lvl, no echo). Była to z pewnością nieco frustrująca, ale przy tym niesamowita przygoda.

A z racji tego, że tak szybko (tego dnia) zabiliśmy Nael, to mieliśmy wystarczająco czasu, by ukończyć questy związane z drugim skrzydłem Bahamuta i przyjrzeć się pułapkom czekającym na nas w finałowej strefie magicznej sfery powstrzymującej tego potwora. Pierwszy boss poraził nas swoją wymyślną nazwą – Imdugud (I’m too good), ale to my okazaliśmy się dla niego zbyt dobrzy i po kilkunastu wstrząsających próbach, padł. Bardzo udana niedziela muszę powiedzieć.

Przed nami ostatnie trzy bossy, które ponoć są o wiele cięższe od tych co robiliśmy dotychczas, więc przynajmniej kilka tygodni nauki. Nawet nie wiecie jak się na to już cieszę.

A co u Was słychać? W co pogrywacie? Dajcie znać, jak Wam idzie 😀

1 KOMENTARZ

  1. Gratuluje zrobienia T9.

    Co do fabuły to w niemal każdym fantasy RPG jesteśmy wybranymi którzy naprawią wszystko, więc po co w ogóle przejmować się fabułą w jakimkolwiek RPG? Moim zdaniem fabuła ShB jest o wiele lepsza niż w SB i tylko nieco słabsza od HW, a początek jest nieco „przeciągany” dlatego, że nie ma potrzeby śpieszenia się ze strony WoL. Na ten moment, historia jest budowana w kilku zonach (samemu można wybrać, w której z dwóch startowych się zaczyna), aby mieć fundament na rozbudowanie jej. Ale każdemu według uznania.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here