Kolejny tydzień grania w Final Fantasy XIV za nami, więc czas na krótką aktualizację: Twardy zażarcie crafci, Szajla zawzięcie leveluje, Zenek wysyła na misje Czerwonego Falafela, Gotik uparł się na Czerwonego Maga, Skuku trolluje nieświadomych graczy, Lamora skończył w końcu podstawkę, a Silverblade nosi się na różowo. Mamy też w gildii świeżaki!

A tak na niepoważnie, to jest zabawnie. I to bardzo. Szczególnie gdy nasza ekipa idzie na zbieranie koników, czyli robienie triali Extreme na unsync, a niektóre z nich są dość wymagające nawet na maksymalnym poziomie. Oj, wtedy to się dzieje…

Udało nam się też polską ekipą ukończyć pierwszego Extreme na sync: Ifrit padł, mimo tego, że dość zawzięcie walczył. Nie będzie nam tu jakiś demon bezkarnie wypalać trawniki w Eorzea!

Nie wiem czy wiecie, ale zaczęłam rajdować „na poważnie”. Na początek mam plan zrobić wszystkie rajdy i triale z podstawki, w taki sposób w jaki były wprowadzane do gry, czyli minimalny poziom wyposażenia i bez echa (więcej punktów życia). Całe szczęście znalazłam grupę wariatów (szkoda, że nie Polaków, ale cóż robić) z którą w piątki umieram na trialach Extreme, a w niedzielę klnę na kolejne etapy Bahamuta (umieramy obecnie na dziewiątym bossie), a później śmieję się z rozpaczy w trakcie rajdów w Kryształowej Wieży.

Z Kryształową Wieżą to jest fajna sprawa. Jest to seria rajdów 24-osobowych, które należy wpierw odblokować, a potem można wylosować jako ruletkę „alliance raid”. Pierwszy z nich to Labirynth of the Ancient. Gdy po raz pierwszy tam szłam, to oczywiście obejrzałam strategie na zabicie tamtejszych bossów. Zapowiadała się ciężka przeprawa. Jakże byłam zdziwiona, gdy okazało się, że w w tej chwili jest to praktycznie przebieżka trwająca średnio 20 minut.

Jednak Kryształowa Wieża na syncu, z min ilvl i bez echo to już inna sprawa. Człowiek nabiera respektu. I miałam okazję się o tym przekonać w ostatnią niedzielę.

Pierwszy pokój w tym miejscu wypełniony jest tzw. trashami, a dopiero po nich jest boss. Wszyscy byli przyzwyczajeni, że dotychczas wpadali w ten tłum przeciwników na hurra, więc oczywiście, że zrobiliśmy tak samo. I to była moja pierwsza z wielu śmierci w tym lochu. te robaki może i niewinnie wyglądają, ale kopa to niezłego mają.

Na pierwszym bossie – kościanym smok, też mieliśmy szansę podziwiać podłogę z bliska, bo ludzie zapomnieli, że trzeba bić addy. Thanatos i jego magiczne garnki poszły w miarę sprawnie, ale za to na kolejnym bossie umieraliśmy dość długo. Okazało się, że strategia na King Behemota jest bardziej skomplikowana niż zwykłe „wal ile wlezie i schowaj się za kamyczkiem„. Trzeba było wyłączać wieże, chronić je przed bombami, zabijać addy próbujące zniszczyć nasze bezcenne kamienie, a przede wszystkim leczyć, leczyć i leczyć, bo podłoga zadaje ciągłe obrażenia. Dość powiedzieć, że moja grupa trzymała się nieźle i umierała jako ostatnia z czego jestem dumna.

Ostatni boss pokonany został bez większych problemów, chociaż powiem jedno: nie wiedziałam do tej pory że ma on aż tyle różnego rodzaju kolorowych ataków, które trzeba unikać. Te wzorki…

Co było jednak największym zaskoczeniem dla mnie w Labirynth of the Ancient? Schody przed trzecią serią śmieciowych przeciwników (Allagan Bomb), o których istnieniu nie wiedziałam. Wszyscy zawsze skakali w dół, więc ja robiłam tak samo, a tu okazuje się, że można kulturalnie zejść schodami…

W najbliższych planach Titan (Extreme), a w niedzielę kolejne podejście do Bahamuta i pierwsze podejście do Syrcus Tower na sync/min ilvl/ no echo.

A gdy już dorosnę (czyli skończę fabułę), to będę umierać na Eden Savage 😀

A Wam jak idzie w Final Fantasy XIV?

P.S. Gdyby ktoś w wieku 30+ szukał polskiej gildii w FFXIV to Turbogroszki zapraszają na serwer Spriggan (Chaos).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here