Smoczy tłok czyli TUOKPowolutku, niezauważalnie, kroczek po kroczku zaczynamy przenosić coraz więcej aspektów swojego życia do rzeczywistości wirtualnej. Całkiem spora ilość zawodów, bez komputerów dzisiaj nie ma racji bytu. Jednostki centralne mają swój udział w praktycznie każdej dziedzinie życia – od jego ratowania po jego odbieranie. Mają też swój nielichy udział w przemyśle spędzania wolnego czasu, dając głodnym rozrywki możliwości szerokiego spektrum. Nie byłoby to może nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że mnożą się platformy umożliwiające grywanie dla przyjemności. Cytując za Jerzym Kryszakiem – „mnożą się jak zające”.
Był czas w zeszłym millenium, kiedy nie trzeba było się specjalnie rozdrabniać w kwestii szczegółów technologicznych sprzętu do grania. W przypadku komputerów osobistych wystarczyło rzucić „C64” albo „Amiga” i wszyscy wiedzieli co siedzi w środku i czego się można spodziewać. Równolegle zaczęły się pojawiać pierwsze konsole, ale przy nich również było stosunkowo oczywiste co siedzi w bebechach i które gry będą na tapecie – czy to „Pegasus” (NES, jeśli ktoś był ówczesnym odpowiednikiem nerda albo miał ojca marynarza) czy to „SEGA”.
A potem przyszły tak zwane pecety i tak zwane konsole. Zaczęły się wojny, wojenki, podjazdy, paszkwile, satyry i wszelkie inne przejawy kreatywności ludzkiej, kiedy dwie strony są przekonane o wyższości swojej racji nad racją adwersarzy.
Pecety miały być lepsze, bo pozwalały na lepsze parametry techniczne, wyższe rozdzielczości, instalowanie danych na dysku. Konsole miały być lepsze, bo grę zaczynało się szybciej, nie trzeba było instalować żadnych sterowników, martwić się o zgodności systemu i podzespołów.
Osobiście nigdy specjalnie nie rozumiałem logiki (jeśli w ogóle jakakolwiek była) stojącej za tymi sporami. Przypominało mi to trochę wojnę pomiędzy Liliputami i Blefuskami, o to, z której strony należy ścinać jajko na twardo. Czy naprawdę w kontekście zjedzenia jajka – ważne jest, z której strony zetnie się jego czubek? Dla wielu ludzi (i bajkowych kurdupli) – jak się okazuje – tak.
Być może z powodu posiadania w trakcie swojego życia różnych sprzętów do grania i to nierzadko jednocześnie stawianie siebie po którejkolwiek ze stron „konfliktu” było mi obce. Na poczciwym pececie naginałem godzinami w Spy vs. Spy,  Heroes of Might and Magic 3 (ze wszystkimi dodatkami, w tym sławetnym In the Wake of Gods – gra potrafiła odseparować od świata równie skutecznie co kaftan bezpieczeństwa), Commandos (ktoś jeszcze przechodził misje ze szpiegiem tylko szpiegiem?) czy choćby Warcrafta z późniejszym jego całym World of. W dużym skrócie i uproszczeniu – pecet to były dla mnie zawsze strategie i erpegi. A konsole? Nieśmiertelne Mario Bros., przygody Dizzy’ego, Tekken, Soul Edge i późniejsze jego przemianowanie – Calibur czy choćby przygody Crasha i jego kompanii. Słowem – platformówki i przygodówki. Dziwnym trafem wyścigi zawsze były jakoś interplatformowe – czy to MicroMachines czy Need for Speed, nie stanowiło specjalnie różnicy gdzie były odpalone.
Aż w końcu przyszedł czas, by po całych latach móc porównać w kontrolowanych warunkach tą samą grę. Jasne, że do niedawna cała masa gier wychodziła i na pecety i na konsole, ale niżej podpisanego jakoś nigdy nie kusiło by wydawać dwa razy pieniądze na ten sam tytuł, na różne platformy. Dziwnym zrządzeniem losu w domu mym w odstępie roku zagościły wersje Diablo III, najpierw na pececie, a w październiku na konsolę. Darowanemu Diablo nie zagląda się w paszczę, tylko cieszy z odmóżdżającej rozgrywki.
Starsi wiekiem być może pamiętają jaką furorę w światku gamerskim robiła pierwsza część Diablo – czasy raczkującego polskiego Internetu, połączeń modemowych i pojedynków na Battlenecie (ktoś doświadczył tego dreszczyku, kiedy jedynie od zdolności terkającego pudełeczka i bogów przesyłu danych zależało czy ucho się przeciwnikowi obetnie czy samemu je utraci?). Pierwsza część była po prostu mroczna. Grafika, muzyka i efekty dźwiękowe za pierwszym razem przyprawiały o dreszcze (co prawda nie tak jak przy Resident Evil, ale osobiście czułem się dość nieswojo o trzeciej w nocy szwendając się po piwnicach pełnych kazrów i słuchając ich złowrogiego meczenia). Fabuła? No była, owszem. Modyfikacje postaci? A były, owszem. Sterowanie? Intuicyjne. Jedyne co w tamtych czasach sprawiało relatywną trudność z samej gry to zdobycie swoim wojownikiem wszystkich zaklęć i wbicie się na krowi poziom. No, nie licząc bossów rzecz jasna i operowania miksturami w ferworze walki. To był pecet, a zatem klawiatura rozległa była.
Diablo II było dla części graczy skandalem. Pamiętając ciemny, ponury klimat jedynki, dwójka zdawała się być cukierkowa. Jasne – pięć klas w sumie, runy, dłuższa fabuła to wszystko w końcu dawało poczucie, że to może być dobry hack and slash. I był nim, choć przyznam się, że przesiadając się z jedynki na dwójkę doświadczyłem dysonansu poznawczego. Minął szybko, kiedy tylko okazało się jak pakerną klasą jest nekromanta i jak uroczo biega się paladynem waląc pałą co popadnie. Mnogość opcji lootowania, tudzież naprawdę wesołe rajdy na Battlenecie powodowały, że i Diablo II zyskało grono wiernych graczy. Z tym, że to znowu byli tylko pecetowcy. Znacie to zresztą z doświadczenia – granie z palcami na WSADzie i pamięcią mięśniową ustawioną na okoliczne klawisze, potrafią zniechęcić do podejmowania prób z innym interfejsem. Podejrzewam, że w tamtym czasie (a o ile moja pamięć nie szwankuje, było to apogeum nienawiści pomiędzy konsolowcami i pecetowcami) nawet gdyby Diablo II wyszło na konsole, nie zyskałoby wielu fanów. Zresztą – jak tu na Battlenecie naginać z Playstation 2? Przypominam, że rok 2000 miał kilka spektakularnych wydarzeń, ale jakoś nikt nie wpadł na to by jednym z nich było podłączenie konsoli do Internetu.
Od tego czasu minęło trochę… hm… czasu. Platform zaczęło przybywać – popularne już były handheldy przecież. Do tego dodajmy komórki, a potem różne systemy na tychże. Nagle gracze zostali otoczeni mnogością systemów i platform, a przez to przestało mieć aż takie znaczenie czy ktoś nagina w Halo na konsoli czy na blaszaku. W takim świecie zadebiutowało Diablo III, najpierw triumfalnie zapowiedziane i wydane na pecety. Łączę się w bólu ze wszystkimi, którym żyłki na ciemieniu pękały przy próbach połączenia się z serwerami Blizzarda tuż po premierze. Mi pękło kilka nim w końcu się dobiłem gdzie chciałem.
Diablo III jest ewidetnie naznaczone elementami znanymi z World of Warcraft. W czasach pierwszej części, za achievementy robiły statystyki i ilość zebranych uszu. Latka lecą, ludzie wracają do kultury obrazkowej z czasów neolitycznych, to i suche staty nie starczają (gwoli ścisłości należy Blizzardowi oddać, że za czasów jedynki wbicie skilli na maksa odznaczane było w okienku na złoto – jedyny wizualny fikołek). Nie ma jednak w tym niczego złego – Blizzard lubi puszczać oko do swoich graczy (licząc, że jego fani przymkną oczy na wpadki z serwerami czy mniej lub bardziej udanymi pomysłami – krowiego poziomu nie ma, jest coś gorszego…). Te wyzwania wszak są opisane i sformułowane w taki sposób by nawiązywać do kultury mniej lub bardziej popularnej. I dziwnym trafem, choć przecież – jak każdy hack’n’slash – jest grą na odmóżdżenie, nagle oprócz szukania coraz lepszych legendarnych przedmiotów, część osób zaczęła kombinować jak osiągnąć ten czy tamten achievement. I po raz kolejny – to wszystko dla pecetowców. Sterowanie jak zawsze, cztery przyciski plus myszka i jeszcze ze trzy klawisze przy okazji. Klikasz, idziesz, strzelasz czy tam uderzasz.
Wydawanie zatem gry na konsolę, dodajmy – „takiej” gry – mogło się okazać wielką klapą. Mogło. Gdyby nie było zrobione porządnie. Blizzard nie dał ciała przy wersji konsolowej. Przyznam się szczerze – nie byłem zachwycony z początku ideą pada do sterowania moim łowcą demonów. No bo, jak to? Tak bez klawiszy? Tak bez okienek z opisami lootu? A celowanie?
Dzisiaj, po nabiciu 42 poziomu przez wieczory z dwóch tygodni, mogę śmiało powiedzieć, że wydanie Diablo III na konsolę okazało się być jednym z lepszych posunięć Blizzarda. W Diablo gra się wyłącznie dla odprężenia, to przecież żadna filozofia. Nie wydawało mi się, że można przy tym odprężać się jeszcze bardziej. Można. Na konsoli. Traktując – jak ja – Diablo III jako domowego casuala. Co nie będzie mi w niczym przeszkadzało zakupić Reaper of Souls na peceta.
To doprowadziło mnie do myśli, że nie jest ważne, na czym wydana jest gra. Ważnym jest, czy wykorzystuje możliwości platformy, dając graczowi możność grania w stylu, który pasuje mu najbardziej.  O to wszak chodzi – by miło spędzić czas, czyż nie? Jedni ścinają jajko  z grubego końca, a inni z cieńkiego, co w ostatecznym rozrachunku zjedzenia jajka, ma znaczenie wyłącznie dla dobrego samopoczucia.
I tą konkluzją, odkrywczą niczym znalezienie paprykarza w puszcze sałatki z makreli, zakończę.
4 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Balrogos

Na coż Diablo i Diablo II + LoD bardzo mi sie podobało tak samo Starcraft + Broodwar, aczkolwiek uważam że Diablo III okrutnie zniszczyli w sumie nie ma co się dziwić wszyscy który pracowali przy Diablo odeszli i założyli swoje studia albo dołączyło do innych.

Zapewne każdy zna grę Torchligh to nic innego jak gra blizzarda mając tutaj namysli byłych pracowników i Perfect World Entertainment popularna gra jest od nich Perfect World w która gra więcej ludzi na całym świecie niz pomnozona przez 2 ilośc graczy WoWa.

FireFall? i Red 5 Studio to samo siedzą tam ludzie z blizzarda.

Diablo 3 to bardzo nie dokończona produkcja do kupna tej gry zachęciła mnie beta bo 1 akt jeszcze jako tako, ale odrazu było widać WoWa którego wręcz nie cierpie. Brak rotacji umiejętnosci pod Fkami duzo skilli kompletnie nie przydatnych albo przydtatnych na raz zeby summonowac cos i zamienic skill.

Pamiętam jak pod DOSem grałem w ARSENAL świetnia strategia jedną z moich ulubionych do dzisaj. i w polskie gry FRANKO 😀 czy Ten Agent i Kajko i Kokosz.

Ja ciągle szukam swojego ideału gry w której wszystko będzie zrobione jak trzeba a naprawdę to nie jest nic wielkiego dostrzegam masę błędów niedoróbek złych rozwiązań. Ale co człowiek może z tym zrobić nic bo nikt z korporacji tego nie przeczyta ani się nie zainteresuje, a jakiekolwiek zmiany wejdą dopiero jak będzie duzy bunt sporej ilości graczy doświadczenia mam ze studia WG.net.

A z SOE widze jest dokładnie tak samo oczywiscie wiem że te gry służą zarabaniu $$ ale chyba nie tylko, troche serca trochce pracy i była by wspaniała gra.

A platformy jak platformy na konsole nigdy sie nie przesiadne bo na komputerze robie rzeczy ktorych na konsoli sie nie da ale zagral bym w kilka tytulow konsolowych np Heavy Rain czy Beyond Two Souls.

Corvus Corax

Dodam, iż pierwsze diablo doczekało się wersji konsolowej. Było wydane na PSX-a. Pamiętam te „nocki”, dźwiganie telewizora i litry wypitej kawy. I nick mojego wojownika: ” Abcdmmmm”. Pamiętam PES, Chrono Crosa który miał fenomenalny sountrack(nadal mam go na „twardym”), Valkirie Profile, serię FF, Front Mission, serię GT. Ach, to były piękne czasy. Po trosze dlatego, iż gry były ciekawsze, trudniejsze i dłuższe, ale i my byliśmy młodsi. Inaczej postrzegaliśmy to co nas otacza. Z mojej perspektywy, perspektywy 33-latka, dzisiejsze gry to odmóżdżona pop-papka bez głębszego wyrazu. Ale my nie jesteśmy największym odbiorcą growego rynku. Moim zdaniem: jaki odbiorca, taki produkt. Twórcy tylko się dostosowują.
Nasza nadzieja w takich tworach jak np Kickstarter.

Co do DIII. Wilson odszedł, ogłoszono zamknięcie domu aukcyjnego, zapowiedziano dodatek który jest znaczni bardziej mroczny niż „podstawka”. Jest nadzieja.

Balrogos

Nie ma nadzieji 😀 a dodatek mialbyc rok temu i w D3 nie ma klasy Rycerzyka w zbroi full plate tarcza i mieczem. Diablo 3 to najwiekszy fuck up w historii gier. Nie znam osoby która miala by pozytywne opinie o niej wszyscy koledzy przestali grac w D3 daaanwo temu. Nawet nie oplaca sie bocic na 1 koncie najwyzej na kilku tylko strata pradu to i moj bot tez juz nie pracuje a dlaczego botowalem bo każdy inny to robił a blizz z tym nic nie zrobil a zamkniecie AH nic nie da handel przeniesiee sie na jsp i d2trade.