A muszę powiedzieć, że bardzo udana sobota! No i parę Osiągnięć zaliczyliśmy, takich jak na przykład „Bigger Looser” czy też „The biggest whinner”, ups raczej „The biggest Winner” miało być…

Ale może zacznę od początku. No i wiem, że parę dni cisza była, ale to wszystko wina Pikla!! Podesłał mi pewnego linka i zamiast pisać posty to czytałam opowieści kierownika budowy i zaśmiewałam się do łez. Ale już skończyłam czytanie i wracam do pisania 🙂

Już po przebudzeniu wiedziałam iż sobota będzie wspaniałym dniem. Ptaszki ćwierkały, słonko świeciło a Pikielek nie marudził, że musi wstać… bo spał 🙂 Korzystając z okazji całkowitego spokoju, czyli facet śpi, pies śpi, rób kobieto co chcesz, zabrałam się za mycie okien… Cóż przyjemniejszego może być od sprzątania w tak śliczny dzień ze świadomością, że:

1) o 12tej jest rajd z polakami

2) trzeba z psem na spacer wyjść przed rajdem, co by go zmęczyć

3) pójść na obiad do teściów (pierogi)

4) posprzątać CAŁĄ chatę, bo babcia Pawła wraz z jego rodzicami, zapowiedzieli się na niedzielę na kawę i z pewnością zajrzą w każdą możliwą dziurkę, więc MUSI być błysk!

No więc myję ja sobie te okna w spokoju, a tu wynurza się zaspany karsnolud z sypialni ze słowami: „czemu mnie nie obudziłaś?” i jestem przekonana, że w tym samym momencie pożałował, że wstał z naszego nowego, wielkiego, wygodnego i dobrze złożonego (!) łóżka. No ale ponieważ to dzielny krasnolud jest, to nie wycofał się, ale zrobił śniadanko i poszedł pomęczyć psa do lasu, aby „padł” na czas rajdu. Wyszło na to, że to ja padłam…

No nic, zalogowaliśmy się do gry, zebraliśmy ekipę złożoną z altów i mainów i ruszyliśmy na podbój Ward of Elements. Przelecieliśmy w tempie ekspresowym można by rzec przez te zonkę, i tu się należą podziękowania dla naszych UBER tanków: Throina przez pierwsza połowę i Black’a przez resztę zony. Muszę mu jakiś porządny budzik w końcu kupić i wysłać, bo to jego wstawanie przed 12tą lekko opóźnione jest 😉 No i oczywiście mieliśmy super lekarzy: Eligor odświeżył dziadka defilera; Pikielek poszedł na templarze popijając piwo dla uspokojenia; Piotrek postanowił nam udowodnić, że warden TEŻ potrafi; Mysza pokazała nam, że furia też ma ogon i umie znaleźć nie zabite mobki oraz nasza najmłodsza latorośl dzielna Anska, która UMIE leczyć – a miała ponoć być dps’em…. Ale nie samymi tankami i lekarzami wypełniony był nasz rajd, chociaż mogłoby się tak wydawać, bo pojawił się też dps! Zakrzu na swym wypasionym i wcale nie marudzącym wizardzie, Patryk postanowił spróbować sił na swym funkiel-nówka asasynie tak samo jak i Adam na swoim brygandzie. Pewna blondynka Nayati (czyli ja) pozbyła się połowy swego potencjalnego dps’u bo zapomniała macro stworzyć, no cóż… Doświadczony Zefir wspomógł nas swym łukiem, a na koniec dołączył Krokiet, który to ma spust do spania zadziwiająco podobny do Blacka 🙂

WOE

Tak ogólnie to chyba nie ma co opowiadać, bo poszło tak fajnie i sprawnie jak na to, że parę osób było na zupełnie sobie nowych klasach. Na Aidenie umarliśmy 2 razy, ale za 3-cim padł dzięki sprawnemu zatykaniu dziurek przez naszą ruch… eeee rusałkę Anskę oraz Zefira. W nagrodę Zefir dostał piękny płaszczyk a Anska całusa od każdego! Starałam się przydzielać loot sprawiedliwe i według zasad, ale jestem początkującym rajd liderem więc mogło mi się coś pomylić, chociaż chyba nikt się nie skarżył… No, ale jak na rasowego rajd lidera przystało, nauczyłam się krzyczeć: zamknąć się bo nic nie słyszę! 😀

Ogólnie chyba fajnie było, i już się cieszę na myśl o przyszłym sobotnim rajdzie.

Potem były pierogi… Oj brzuszek był pełen bo pyyyszne były. Zresztą to nie ja później chorowałam po przejedzeniu.

O 19tej zalogowaliśmy się z powrotem do gry, no i wtedy to się działo, oj działo… Plan był dość prosty: pomóć Ansce zebrać updaty do mythicala w Sebilis, czyli wytłuc biedne, nikomu nie zagrażające żabki oraz zdobyć xp dla Paunchego (alt Pikielka) aby w końcu dingnął na 80 level. Ekipa mocna w postaci tanka głównego Zakrza Diabelnego, tanka supporta Koraska vel Piotrka, bateryjki od powera czyli mojej Nayati, conju z wielkim brzuszkiem Paunchy, Mistrza Questów (zrobił ich prawie 3.500!!) Padlina oraz  przyszłego najlepszego lekarza na świecie czyli Ruch… eeee Rusałki Anski.

Czy wyobrażacie sobie żeby zrobić 3461 questów? Padlina, nasz rodak, to maniak questów. Myślałam, że będzie na miejscu pierwszym na Runnyeye, ale się myliłam – jest na 10. No ale to i tak powalający wynik 🙂 Z ciekawości sprawdziłam i pierwsza osoba worldwide ma 5219 questów skończonych, natomiast pierwszy na Runnyeye to niejaki Galvanor z 4569 questami na swym koncie. Także GO GO Padi!! <pompony>

Więc cała nasza ekipa wzonowała do Sebilis zastanawiając się na głos czy czasem nie damy rady zabić Tyrranozaurusa albo Dominusa. Ale Ansek jak zaczarowany powtarzał mantrę: <„żaby, żaby, żaby…”>, więc nawet nie próbowaliśmy, bo by chłopina nam na zawał jeszcze zszedł. Początkowe questy są w miarę proste typu zabij i pomacaj i odbywają się na górnym poziomie. Anskowe Żaby są na dolnym poziomie w grotach, czyli hen daleko żeby nie powiedzieć gorzej. Po ostatnich zmianach w rasach okazało się iż nasz młodociany Paunchy halfling ma tracka! Nooo… namedy stały przed nami otworem, tzn. stały za innymi mobkami a my musiliśmy się przedrzeć. Ale nie straszne były nam wszelkie bójki, gdyż przy TAKIM tanku i TAKIM lekarzu to tylko w ogień iść. XP za bicie mobków rósł pięknie, dość powiedzieć, że mi na 80 lvl liczyło 1 mobek = 0,5% AA.

<„Żaby, żaby, żaby…”>

Po wzonowaniu standard, każdy w swoją stronę, tank na przód leci stosując metodę „train” (nadal nikt nie miał odwagi co by mu powiedzieć, że guardiani nie mają FD). Ansek w jedną, Paunchy w drugą bo jakieś updaty do questów. Ja próbuje mezować mobki słuchając jednocześnie narzekań, jak to psuję dps bo „aoe nie wchodzi!” Nagle krzyk: „NAMED!”. Alarm, grupa postawiona na baczność, „prosto Zakrzu” mówi doświadczony tropiciel Paunchy, a tank uderza w lewo. Konwersacja domowa: „No gdzie on lezie, przecież mówię, że prosto stoi Khurgan, mapa tak pokazuje”, „Khurgan stoi w różnych miejscach a  mapa tego nie pokazuje” odpowiadam, a Tank nadal przebija się w lewo. „A tam, na mapie jest prosto i tam mamy iść”. GRA: „Zakrzu cofnij się, named jest tutaj prosto a nie tam”, A na to Zakrzu: „Hail, Hierophant Prime Khurgan”. Ej… no każdemu może się zdarzyć… W końcu tropienie Paunchy ma od kilku dni i to na poziomie 8/400, ale rośnie…

<„Żaby, żaby, żaby…”>

Dobra, named zabity, czas na questy czyli kierunek baraki, bo łóżka trza zmacać. Cofamy się, i nagle: „NAMED! w stronę jak do CoA!”. Ok, no jak named to idziemy, nie odpuścimy żadnemu! Przebijamy się..

A w tym czasie w domu przed komputerem trwa konwersacja:

– Jaki Named? pyta Kinya

-A sebilite guardian – odpowiada Pikiel

– Ale to nie jest ten przed COA.

– No jak nie ten przed COA, chyba wiem co mówię track mi pokazuje!!

(tylko spokojnie) – ten PRZED COA zwie się jakoś inaczej, na pewno nie Sebilite, tylko coś na X.

– Coś takiego nie mam na tracku tylko Sebilite! I ten jest właśnie przed COA.

– Ten to jest w drodze do COA, a przed stoi inny! (mord w oczach)

– Nie znasz się…

GRA: Wszyscy lecimy bo w oddali widzimy Sebilite, oczywiście polecenie służbowe wydane „plecami do ściany bo KB” i co? Tank po środku, magowie gdzieś z tyłu, a przy ścianie ten co wydawał polecenie czyli ja. Idzie KB i cała ekipa rozlatuje się po grocie agrując wsio co było w wodzie. Wipe… Revive i biegniemy póki pusto. Ups, Korasek nam się zgubił… Tak się spieszył do nameda, że spadł do wody, ale nie ma to jak nasz uber conju i jego CoH.  Dobiegamy do jaskini po której chodzi Sebilite Guardian, i conju wysyła peta. A co, wycwaniliśmy się, obijemy mu mordkę w korytarzu! Pet wysłany, named przybiega, 10 sekund i nie żyje. Piękne 10% do AA, no śliczne. A PRZED CoA stoi… Xa’rgo The Cursed, kolejne 10%! Oby tak dalej.

DOM: – No widzisz ten mob stoi przed CoA – skomentowała Kin

– ….. (cisza)

Sebilis_ PR

GRA <„żaby, żaby, żaby…”>:

Ok, namedy na wstępie zabite to trzeba questy robić. Uderzamy w stronę baraków. Dochodzimy do wody (a za nią schody do baraków), gdy słyszymy w słuchawkach: „NAMEDY! Quartermaster i Master”. No namedy rzecz święta, stać bezkarnie nie mogą. Skręt w lewo i pullujemy mobki stojące przy drzwiach, na to wpada inna brygada myśląc może, że w środku już wyczyszczone. Podziw dla refleksu Zakrza, który momentalnie pullnał QuarterMastera, a uwierzcie mi rwetes na czacie grupowym był niezły. No bo jak to tak, jakieś ludki nam tu konkurencję robią. Komu jak komu, ale NAM?! Tamci oblepieni adami biją je sobie, a my uderzamy szybko dalej bo stoją jeszcze 3 namedy. Przelatujemy przez drzwi i Zakrzu napiera w prawo na monków, zbiera co leci czyli Grandmastera ze swoja ekipą. Ups… coś nam zeżarło ruchałkę. „FD Padi, FD!” i nasz necro leży plaskaczem na posadzce. Wipe nr 2, ale w dobrej wierze. ‚OK, wstajemy szybko” i na te słowa wpada 2ga ekipa i leci do Archanista. Padi podniósł Anska, Ansek Zakrza, a tu PULL (no bo jeszcze ktoś nam zwinie nameda!) Nasz uber lekarz dał sobie rade, wraz z necro popodnosił wszystkich, całe szczęście, że buffowac się teraz nie trzeba po GU. Named zabity, Kolejny pullniety wraz z ekipa Master też zabity. Co niektórzy nie zauważyli nawet, że Master-At-Arms był w tym tłumie mobków i się później kłócili, że nie zabity Master został bo track sfiksował i ciągle pokazywał tego nameda 🙂

<„żaby, żaby, żaby…”>

No dobra, czas udać się w stronę barków (do których idziemy od godziny) bo łóżka czekają. Nie ma to jak walnąć się na wyrku po takim wysiłku… A jeszcze jak wita nas Seargeant Griz, no to już kompletnie powiedzenie „NIE” wręcz nie wypada… Czas wymienić questy, ale to też nie jest takie proste jak się wydaje. Nie mamy scouta, czyli evac = trzeba przebijać się do wyjścia. Nie ma to jak train w wykonaniu guardiana i bicie mobków przy portalu do Kunzar, grunt że przeżyliśmy…

Ale Kunzar to też nie jest bezpieczne miejsce, szczególnie od kiedy kręcą się po nim epiki x 4 należące do Order of Rime. Nie spodobały mu się skrzydełka Anska niestety i chciał je wyrwać… Questy zmienione, ponowne rozważania na temat ewentualnego bicia Tyrranozaurusa zakończyły się jego poszukiwaniem, ale uciekł przed nami dziadyga tak bardzo się nas wystraszył.

<„Żaby, żaby, żaby”>

Dobra! Pójdziemy zabić te żaby! Daleko są, nie wiadomo jak długo będziemy do nich iść, no to skok do wody.. Ups, niespodzianka! Named Nihilista nr 1… wipe nr 3. Revive ale już na dole i przed naszymi oczyma kto jest? No kto? Oczywiście, że named: Nihilista nr 2. Ubity, kolejne 10% do AA. „Zakrzu bij jak leci bo bonus weekend mamy to ślicznie nam AA leci”.

<„żaby, żaby, żaby”>

TAAAAAK! Idziemy po żaby, za chwilę! „Tylko mordę obijemy temu co nas zabił” na to Zakrzu Diabelny płynąc w stronę Nihilisty nr 1. Ok, obity. No to uderzamy w kierunku żab niszcząc po drodze co się da. Anska dzielnie leczy, a nie jest to takie proste zważywszy na żółte heroiki oraz nOObowatość  naszej grupy. Tak w sumie to część z nas pierwszy raz aż w TAK poważnej grupie była. Po drodze jeszcze 2 namedy stukneliśmy: Porucznika Rixola (proooosty był) oraz Imperial Guardiana. No ten named lekko porąbany i zbugowany. Trzreba uciekać przed kamieniami, które są rzucane na jedną osobę a do tego często gęsto nie można przestac walczyć nawet po zabiciu go. Durny mob. Anska była świetna, uwijała się to tu, to tam, trzepocąc swoimi skrzydełkami. No normalnie cud lekarz. Nawet chyba nikt nie krzyczał „leczyć, k***a leczyć!” tylko raczej: „no ruszcie się, gdzie tam w kamieniach stoicie i umieracie!”. Kurka, nie było dirge żeby zrzucić na niego winę…

No i wiecie co? Po zabiciu Imperial Guardiana weszliśmy na lewo do groty i zgadnijcie co tam było? ŻABY!!!! Mnóstwo żab. Anska była uszczęsliwiona, latała wkoło machając różowymi skrzydełkami i pokazując: „tego, tego i jeszcze tego”. „Tylko” 75 ich musieliśmy zabić, ale czegóż się nie robi dla neszej ulubionej ruch… rusałki znaczy się.

Więc tłuczemy te żaby a wśród nich zauważamy „NAMED!!”. Chokidaja zabiliśmy bez większego trudu, za to Padi tak się go przestraszył na pullu, że cofając sie do tyłu przyciągnął parę grzybków. Każdy XP się liczy.  No dobra to w prawo więcej żab a w lewo grzybki iiii …” NAMED!”. Normalnie reakcja naszego tropiciela na każdy najmniejszy nawet trop nameda, przyprawiała o ból uszu, no ale co się nie robi dla dobra XP. „Chodźcie zabić żaby” błaga Ansek, „eee tam , za chwilę, named tu stoi nie będziemy się później po niego cofać”. I leci nasz tank, zachęcony poprzednimi sukcesami, pullować Króla Grzybów a ten stary Borowik albo Pleśniak jakiś przygotowaną ma dla nas niespodziankę… AOE na pullu… Przeżyliśmy, jakim cudem to nie mam pojęcia. Anska dzielnie wyciągnęła wszystkich, tank w trakcie walki założył tarczę i zmienił stancję na defensa a my na max dystansie staraliśmy się utłuc dziadygę. Jak ja uwielbiam moją corecer’kę. Te jej stuny są cudowna. Nawet mezowanie mi się podoba, mimo że ciągle dostawałam zjebkę od „kogoś” bo dps nie można było robić…

Żaby utłukliśmy, Ansek aż sie popłakał z radości, bo jego epik już na wyciągnięcie ręki był, a że byliśmy aż tak blisko Kotiza, co stoi przed wejściem do Venrila, no to jak mogliśmy odmówić sobie przetrzepania jego tyłka? Problemem były tylko te durne heroiki tam wędrujące w korytarzu, co dają fear. No ale nasz klasy FD wyposażone zostały w serca, więc ruszyliśmy do boju. Pierwszy pull iksarów przy wyjściu do korytarza zakończył się porażką, bo zaprosiliśmy na imprezę jeszcze parę okolicznych mobków. Ale wstaliśmy, otrzepaliśmy się i „Na ciałko Zakrzu, na ciałko!”. Powolutku wykończyliśmy jednego po drugim. Poszło tak gładko, że nawet nie zauważyłam kiedy Kotiza ubiliśmy. Co za Cham! Nawet fabledowej skrzynki nie dał, a my specjalnie do niego szliśmy, no bo przecież nie do żab chyba? 😀

Wracaliśmy korytarzami tym razem, wybijając po drodze pozostałe namedy, Imperial Guardiana po raz kolejny (aż mi go żal, że sobie w spokoju nie mógł tam postać) oraz Porucznika Rixola bo za nim portal do Kunzar był. Bardzo mi się podoba ta zmiana w GU53 w Sebilis, że namedy są na 45 minutowym timerze. Polubiliśmy to polowanie na namedy…

Wyzonowaliśmy, wzieliśmy kolejne questy, co niektórzy znów zginęli w drodze do obozu żab, bo to BARDZO niebezpieczna droga jest okazuje się i naprawdę nie widac tego wielkiego epika stojącego tam na drodze 🙂

Ponowne wejście do Sebilis. Tym razem uderzyliśmy w stronę laboratorium, po updaty. Szybk, sprawnie i dokładnie w tamtym kierunku.. Hmm… Coś nie tak. Aaaa, no przecież „NAMED!”, trzeba było zajść do banku i utłuc bankiera. I wtym momencie lub jednego mobka wcześniej nasz dzielny tropiciel dingnął na 80 level! Potem czas na kontemplację i podziwanie pojawiającego się sprzętu. I tak to, ze zwykłego małego conju, Paunchy na naszych oczach przeistaczał się w wypasionego maga z uber rzeczami odłożonymi specjalnie dla niego przez starszego brata Pikielka. Z tego wrażenia aż spadliśmy z  gzymsu na dół, co nas ocuciło i z zazdrości spraliśmy parę tyłków.

Ruszyliśmy znów w stronę laboratorium. Droga prowadzi w lewo, ale nasz tropiciel znów się odzywa: „NAMED! w prawo!”. W tym samym momencie przed tankiem, na wyciągnięcie ręki pojawia się Blacksmith. I rozterka, co robić… No ale siła perswazji małego acz groźnego conju była tak wielka, że podąrzyliśmy za nim w prawo by utłuc Reet Picklera. Ok, to lecimy stłuc tyłek Blacksmitowi, po czym udajemy się korytarzem w lewo… STÓJ! Tak dobrze o nie będzie, bo „NAMED!”. No w tym momencie to już chciałam tego tracka wyszarpać z gardła komuś… „Gdzie ten named?” „w prawo”… No pewnie, że w prawo, no bo jakby miał byc w lewo to za prosto by było… Ech, co robić, idziemy w prawo przedzieramy się do kwater niewolników, by ubić Taskamstera. NO, to bieg w stronę laboratorium póki się nie re-popnęły mobki. Dobiegam do zakrętu i widzę mobki zaraz za nim, więc mówię: „uważajcie, bo mobki”, a tu jak ktoś nie wleci w sam ich środek… Przeżyliśmy, magowi to byli, więc stali sobie z dala a my w nie naparzaliśmy. Wytłukliśmy całe laboratorium i 2 namedy. Ech.. pięknie było, no ale trzeba by wyzonować i oddać questy… Hmmm, brak skauta, no ale nie ma to jak przyspieszony evac, czyli: „Geronimooooo!!!” i bieg pośród mobków…

Sebilis było piękne,  w sumie to chyba zabiliśmy prawie wszystkie namedy, sporo AA wpadło bo mi cale 8 punktów. Piękna sprawa.

To by było na tyle chyba, no bo przecież nie będę opowiadać o szybkiej wyprawie do Karnors Castle po update i jak to bruzer zrobił FD na nas i zagrowaliśmy ze 3 pokoje mobków. No i ciekawa z pewnością też nie będzie historia, dlaczego tank na mnie nakrzyczał, aż zamknęłam się w sobie i bałam się odezwać później…

Fajnie było.. To co, w czwartek znów Sebilis? 🙂

3 KOMENTARZE

  1. Ja sobie wypraszam różowe skrzydelka …. phi. Pani Inkwizytor Anska Siostra Miłosierdzia posiada wypasione czarne skrzydelka 🙂
    I jak dobrze wspomniałas nie byliśmy tam dla żab , o ile pamiętam to poszliśmy tam nabić level naszemu ukochanemu Conju z brzuszkiem. Żaby były jakby przy okazji , w końcu heroicznie się broniły i dawały lepsze AA 🙂

    • Och, najmocniej przepraszam Siostrę Miłosierdzia za takie faux pas… Nie wiem czemu te różowe skrzydełka mi migały przed oczyma… Nie poszliśmy tam dla „żab”? A kto od paru dni każde go logującego starał się na „polowanie na żaby” namówić? No ja wiem, ciężko sie przyznac przed ludźmi jak bardzo na żabie udka leciałeś… 😛

  2. Oj to nie tak 🙂 Ja wiedziałem , że te żaby dadzą dużo AA , a update do fableda to tak jakoś przy okazji był … .

Comments are closed.