Swoją przygodę z tytułami zaliczanymi do gatunku gier MMO rozpoczęłam bardzo dawno temu, kiedy żyły jeszcze dinozaury i po śmierci postaci trzeba było dostać się do jej ciała by odzyskać nie tylko przedmioty, ale i XP!

Wiem, opowiadam straszne rzeczy, ale tak właśnie kiedyś było. I właśnie w tamtych czasach grałam w EverQuest 2. Z zapaleniem. Z uwielbieniem. Aż sama się temu obecnie dziwię.

Trwało to do mniej więcej 2012 roku i pewnie głównie dlatego, że jeszcze kilka lat temu nie pojawiało się aż tyle massivów na rynku, jak to dzieje się obecnie. A poza tym, w tamtym okresie, kochałam każdy detal tej gry. Oczywiście z czasem dorosłam, dojrzałam i uległo to zmianie. A teraz jest tyle gier w które chciałabym zagrać, ale niestety moja doba ma tylko 24 godziny i chociaż nie wiem jakbym mocno się starała, nie mogę jej wydłużyć.

Ale nie o tym chciałam napisać. Przez te wszystkie lata zagrywania się w różnego rodzaju tytuły, bez względu na to, czy były to produkcje stworzone przez wielgachne studia, czy też survivale od małych twórców indie, zauważyłam że są dwa rodzaje graczy: Ci co lecą na hurra do przodu, aby jak najszybciej osiągnąć endgame, oraz tacy jak ja – zachwycający się każdym napotkanym szczegółem.

Zanim dana gra doczeka się swojej premiery, w większości już wiemy wszystko o systemach w niej obecnych, krajobrazach, miastach i wszystkim tym, co przygotował dział PR danego studia. Później jednak trafia ona w nasze ręce – w ręce graczy, i okazuje się, że potrafimy znaleźć prawdziwe perełki, o których nikt wcześniej nie wspominał, takie małe ślady zostawione przez projektantów, którzy włożyli w to swoje serce. Bo widzicie, gra może oferować nam wszystko co tylko możliwe – świetny system walki, rzemiosła i inne takie, ale tak naprawdę jeśli w jej świecie zabraknie duszy, to nie przyciągnie ona i nie zatrzyma na dłużej nawet najbardziej zaangażowanego gracza.

 

To właśnie te małe, subtelne szczegóły sprawiają, że dany tytuł staje się dla mnie wyjątkowy. Owszem, w pierwszej kolejności przyciągnąć mnie do niego mogą olbrzymie smoki, wielgachne potwory, cudne krajobrazy, czy też przepiękne domy. Jednakże to możliwość usłyszenia zażartej dyskusji pomiędzy NPC’ami, zobaczenia książek i plakatów, odkrycia niesamowicie wyglądającego graffiti, czy też nawet krasnoludka w toalecie, to właśnie te szczegóły sprawiają, że z chęcią się loguję do niej po raz kolejny. I zawsze zastanawiam się, co nowego dzisiaj odkryję. A później cieszę się jak dziecko, kiedy uda mi się znaleźć w tym wirtualnym świecie coś, co na pewno widziało mnóstwo innych osób, ale mnie się wydaje, że zobaczyłam to jako pierwsza.

 

Każdy szczegół jest dla mnie ważny. Jestem pewna, że tworząc je co niektórzy projektanci mieli wrażenie, że tracą czas i zamiast tego mogliby pracować nad czymś innym – nową mapą, lokacją, systemem. Chciałabym jednak aby wiedzieli, że właśnie te drobiazgi pozostawione w świecie są ważne dla sporej części graczy. Są ważne dla mnie.

Pamiętam jak dziś, kiedy rozpoczynając przygodę w EverQuest 2 natknęłam się w świecie, na przedmiot, który moja postać mogła dotknąć – nie pamiętam już jak się one nazywały. Były one różne, raz był to potłuczony garnek, innym razem śrubka, tron, czy też mebel. Nie mogłam ich podnieść i wydawało się, że nic się z nimi nie dzieje, ale po jego dotknięciu zachodziła pewna interakcja, która sprawiała, że moje serce zaczynało bić szybciej. Otóż przez kolejne kilkanaście godzin, ktokolwiek znalazł się w jego pobliżu, widział na nim napis: „Kinya was here„. Taki mały nic nie znaczący szczegół, a nawet nie wiecie jaką miałam radochę, gdy udało się znaleźć jeden z tych przedmiotów, na którym nikt jeszcze tego dnia nie zostawił swojego podpisu.

To właśnie takie drobiazgi mogą zauroczyć wiele osób. To właśnie takie szczegóły przyciągają mnie. Uwielbiam zwiedzać wirtualne światy, ale zawsze szukam w nich czegoś unikalnego.

A jak to jest u Was? Zwracanie uwagę na szczegóły? A jeśli tak, to pokażcie zdjęcia takich Waszych ulubionych drobiazgów, na jakie natknęliście się grach.