Te Elsweyr’owe koty z Elder Scrolls Online mogłyby się w końcu do czegoś przydać, a nie tylko figle i psoty im w głowie. Zamiast upijać się, czy też z nudy uzależniać innych od skoomy, mogłyby w końcu wybrać się na wycieczkę do The Reach i zaprowadzić porządek z panoszącymi się tam wampirami.

Dlaczego o tym piszę? Bo w końcu, po sporym opóźnieniu, zabrałam się za linie fabularną najnowszego rozszerzenia do Elder Scrolls Online, które jednocześnie kończy historię Mrocznego Serca Skyrim – Markarth. I zwiedzając The Reach, dotarło do mnie, że chyba nie spotkałam jeszcze Khajita w tym regionie, a tych nowych – czworonożnych kitków, które wprowadzone zostały wraz z dodatkiem Elsweyr, to już w ogólne nie widuję poza regionami z zeszłorocznej przygody ze smokami.

Co jest dziwne, bo przecież Khajity mają futro, więc świetnie poradziłyby sobie w zimnym klimacie. No chyba, że jest jakieś fabularne wytłumaczenie, dlaczego nie one nie opuszczają Elsweyr i jakoś to przegapiłam. Nie wspominając o tym, że sir Cadwell pokonałby wampiry bez większego problemu…

A wracając do Mrocznego Serca Skyrim, to wampiry znowu rozrabiają. Czosnek i woda święcona nie pomagają na tę plagę, więc na ratunek ruszają przyjazne ludziom wampiry z Rivenspire, na czele których staje znany nam już hrabia Verandis.

I żeby nie było łatwo, to historia staje się coraz bardziej zagmatwana gdy okazuje się, że nasz bohater ma także do czynienia z czarownicami, dziwnymi teleportami, a do tego ten, który niby jest manipulowany, okazuje się sam wielkim manipulantem. No i oczywiście, spora część fabuły rozgrywa się w podziemiach – co jak wiecie, jest dla mnie wielkim  plusem.

Niestety, o ile fabuła dodatku Greymoor była niezmiernie ciekawa, to w przypadku Markarth niektóre misje nieco się dłużą. Owszem, historia nadal jest interesująca, poznajemy nowe intrygujące postacie, ale mam wrażenie, że jakby jednak czegoś brakowało w tej opowieści.

Zdaję sobie sprawę, że większość osób, „przeklika” się przez okna dialogowe, bez czytania, tudzież słuchania dialogów, ale ja gram w ESO właśnie ze względu na fabułę. Tak naprawdę, to jedyna gra, w której poświęcam czas na zapoznanie się z historiami przedstawionymi nam przez twórców gry.

Niestety, w przeciwieństwie do wcześniejszych regionów i dodatków, w Markath – przynajmniej jak na razie – nie trafiłam jeszcze na żaden zabawny, wciągający quest poboczny. A szkoda, bo przecież wiem, że twórcy ESO potrafią nieźle zaszaleć ze swoimi opowieściami 😀

Jednak widoki wynagradzają wszystkie niedogodności, bo The Reach wygląda naprawdę prześlicznie. Więc przy okazji robienia misji, standardowo zaglądam we wszystkie zakamarki robiąc przy tym multum zdjęć 🙂