RIP Spock… Live Long and Prosper

 Jestem nerdem. Uwielbiam Star Treka i wszystko co jest związane z tą serią. Leonard Nimoy był ważną postacią dla wielu ludzi… Nie dziw więc, że jego śmierć jest aż takim szokiem dla fanów tej serii.

RIP_leonard_Nimoy_White-House

Niewiele osób wie, że iPady, iPody, telefony z otwieraną klapką i wiele innych rzeczy zawdzięczają swój wygląd właśnie Star Trekowi. Star Trek był pierwszym filmem w którym jedną z głównych ról zagrała murzynka i do tego pełniła ona ważna rolę. Poniżej wklejam artykuł z szuflada.net, który dokładnie wyjaśnia fenomen Star Treka.

Wielu ludzi, szczególnie w Polsce uważa, że fenomen zwany Star Trek zaczął się od filmu „Star Trek: The Motion Pictures”, który z kolei został zrealizowany na fali powodzenia „Gwiezdnych Wojen” i „Odysei Kosmicznej”. Nic bardziej błędnego. W roku, w którym George Lucas przedstawił światu pierwszą odsłonę swej Gwiezdnej Sagi,  Star Trek jako zjawisko w świecie pop-kultury istniał już od jedenastu lat. I miało bardzo rozwinięty fandom.

Wszystko zaczęło się w 1964 roku, gdy mało znany, ale obiecujący reżyser, Gene Roddenberry, przedstawił wytwórni CBS projekt nowego serialu. Nazwał go półżartem „Wagon train to stars”, nawiązując do krytych płóciennymi budami wozów osadników z Dzikiego Zachodu. Nie były to czasy koniunktury dla sf, ale mimo to pozwolono reżyserowi zrealizować i przedstawić do zatwierdzenia odcinek pilotażowy. Nie można powiedzieć, by Roddenberry nie przyłożył się do pracy, ale mimo to pierwszy pilot serialu, „The Cage”, okazał się klapą. Szefowie CBS zakwestionowali wszystko – od samej fabuły po postacie. Szczególną nienawiścią obdarzyli dwie z nich: dziwaka o spiczastych uszach oraz pierwszego oficera, który miał nieszczęście być kobietą. Po wielu naradach postanowili dać reżyserowi jeszcze jedną szansę, ale pod warunkiem, że pozbędzie się któregoś z budzących ich sprzeciw aktorów. Wyraźnie przy tym dali do zrozumienia, że chodzi im raczej o Lee Chudec, grającą pierwszego oficera. Dziś może się nam wydać śmieszne to, że uważali po prostu za rzecz niesmaczną i kulturowo niebezpieczną, by ubrana w spodnie kobieta dowodziła statkiem. Ich bigoteria skrupiła się na Bogu ducha winnej aktorce, którą trzeba było usunąć z obsady.

Drugi pilot, „Where No One Has Gone Before”, bardziej przypadł decydentom do gustu i reżyser dostał pozwolenie na rozpoczęcie regularnej pracy nad serialem. Musiał jednak pójść na pewne ustępstwa. Kobiety miały być „kobiece” i po kobiecemu ubrane, ze scenariusza usunięto fragmenty, wskazujące na naukowy ateizm (Roddenberry musiał się na to zgodzić, choć kategorycznie odmówił wprowadzenia postaci pokładowego kapelana) oraz rozwiązano sprawę spiczastouchego Mr Spocka. Mógł zostać, ale pod warunkiem, że będzie jedynie czymś w rodzaju „żywej dekoracji”, nikim ważnym dla akcji. Zastrzeżenia budził jego diaboliczny wygląd, mogący obrażać uczucia religijne i nasuwać satanistyczne skojarzenia. Czas pokazał, że były to obawy na wyrost, a uszy Spocka stały się najbardziej rozpoznawalnym elementem „Star Treka”.

Był rok 1966. Star Trek oficjalnie rozpoczął swą telewizyjną karierę. Początkowo nawet William Shatner, który jako kapitan statku zastąpił Jeffreya Huntera z „The Cage”, był nastawiony sceptycznie co do możliwości przetrwania serialu. Rolę przyjął jedynie dlatego, że rozpaczliwie potrzebował pieniędzy. Roddenberry dobierał swą obsadę, nie szukając gwiazd, na które zresztą nie byłoby go stać, dysponował bowiem budżetem 180.000 dolarów na odcinek i brakowało mu dosłownie na wszystko. Mając bardzo dokładną wizję tego, co chce osiągnąć, reżyser zadbał o to, by w załodze statku USS Enterprise znaleźli się ludzie, reprezentujący różne temperamenty, rasy i przynależności narodowe. W obsadzie szkieletowej znalazł się więc Amerykanin (oczywiście kapitan), Japończyk, Afrykanka, Szkot….

Na początku „Star Trek” miał bardzo słabą oglądalność, która jednak zaczęła szybko rosnąć. Nigdy nie osiągnęła poziomu, który by zadowolił szefów CBS i wytwórni Desilu, ale aż do kasacji serialu po trzech sezonach emisji, stale notowała tendencje zwyżkową. Od wcześniejszego przerwania produkcji, do czego się kilkakrotnie przymierzano, ratowały go setki i tysiące listów od fanów. Oglądali wszyscy – dzieci, dorośli, mężczyźni, kobiety, robotnicy, naukowcy, politycy (wielkim fanem serialu był na przykład Martin Luther King). Przerwanie produkcji było więc całkowitym zaskoczeniem, a powody, dla których podjęto taką decyzję, do dziś pozostają dość tajemnicze. Nigdy ich nie ujawniono, choć oficjalna deklaracja brzmiała, że zadecydowała właśnie oglądalność. Ponieważ fakty są takie, że była coraz większa i rosła nadal, argument ten wydaje się być niepoważny. Nie mogło też chodzić o koszty, ponieważ od samego początku serial kręcony był przy minimalnych nakładach, co niestety widać. Jedyną przyczyną, która zdaje się być prawdopodobna, jest polityczny i społeczny wydźwięk „Star Treka”, bardzo niewygodny dla oficjalnej linii amerykańskiej telewizji, bardzo wówczas purytańskiej i zależnej od polityki.

Kasacja „Star Treka” miała być klęską marzeń jego twórcy. On sam uwierzył, że został pokonany, i to do tego stopnia, że ulegając rozgoryczeniu za niewielką sumę zrzekł się praw do swego serialu. Wszyscy w Hollywood prorokowali, że za rok nikt nie będzie już pamiętał o dzielnej załodze USS Enterprise i jej przygodach na obcych planetach. Stało się jednak inaczej.

W 1966 roku w amerykańskiej telewizji panowały schematy, które dziś wydają się nam śmieszne i głupie. Amerykańska kobieta była piękną damą, żyjącą przykładnie u boku męża. Murzynka, Chinka – pojawiała się wyłącznie w roli prostytutki lub służącej. Japończyk okazywał się bandytą, niemiłosiernie kaleczącym angielski i zdradziecko czającym się za rogiem. Szkot był przeważnie marynarzem, upijającym się w barze. Rosjanin to zapiekły komunista i wróg wszystkiego, co amerykańskie. I tak dalej. Gene Roddenberry złamał wszystkie obowiązujące reguły.

Ledwie cztery lata wcześniej zniesiono segregację rasową. W wielu stanach obowiązywała ona nadal, nawet jeśli nie prawnie, to zwyczajowo. Kobiety były dyskryminowane w życiu zawodowym i społecznym, otrzymywały dużo niższe uposażenie niż mężczyźni, a dostęp do niektórych stanowisk był dla nich czasem wręcz niemożliwy. W takiej rzeczywistości Roddenberry wprowadził czarną kobietę… na mostek statku kosmicznego, i to nie w charakterze sprzątaczki czy choćby kancelistki, a pełnoprawnego oficera łączności. Był to prawdziwy szok kulturowy. Postać pięknej, pełnej wrodzonej godności Uhury uświadomiła, nie tylko białym, jak absurdalne i krzywdzące jest ocenianie kogoś przez pryzmat koloru jego skóry czy płeć. Również Murzyni nagle pojęli, że gdyby dano im równe szanse, mogą osiągnąć nie mniej niż ich biali sąsiedzi. Martin Luther King uznał Uhurę za tak ważną, że gdy rozeszły się pogłoski o rezygnacji Nichelle Nichols z roli w serialu, osobiście zadzwonił do niej, by prosić aktorkę o pozostanie w załodze Enterprise. Gdy kilka dni później pastor zginął od kuli zamachowca, Nichelle uznała za swój obowiązek spełnienie jego ostatniego życzenia. Jak bardzo było to ważne, obrazuje chociażby cassus małej Murzynki, która oglądając ,,Star Trek” w pewnej chwili zawołała do matki:

– Mamo, mamo, chodź prędko, w telewizji pokazują czarną panią! I nie jest pokojówką!

Po latach świat poznał ją jako Whoopi Goldberg. Jak powiedziała w jednym z wywiadów, tamten dzień był dla niej przełomowy – uświadomiła sobie, że nie musi wcale zostać służącą, gdy dorośnie. Na marginesie można dodać, że pozostała wierna serialowi, który tak wiele zmienił w jej sposobie postrzegania świata. W  ,,Star Trek: The Next Generation” zagrała co prawda drugoplanową, ale bardzo istotną rolę Guinan – tajemniczej istoty z nie do końca wiadomej rasy.

Sprawa walki o równość wszystkich nie kończyła się na pięknej oficer łączności. W oryginalnym serialu jego twórca wprowadził też epizodyczne, bardzo znamienne postacie – czarnego admirała, czarnego chirurga i czarnego naukowca, laureata nagrody Nobla i konstruktora najbardziej zaawansowanego komputera na świecie. Gdyby Roddenberry trzymał się oficjalnych reguł, pokazałby najwyżej szeregowca, posługacza szpitalnego i sprzątacza w instytucie. W jednym z odcinków czarny oficer prowadzi proces białego kapitana (!) – w tym samym odcinku oficer personalny USS Enterprise okazuje się Chinką.

Jakby tego było mało, za sterami statku siedział Japończyk, grzeczny, mówiący nieskazitelną angielszczyzną chłopak, doskonały kolega i pierwszorzędny oficer. Jego koleżanką po fachu jest Hinduska, co prawda tylko w jednym odcinku. W drugim sezonie do załogi dołączył jeszcze jeden sternik, Rosjanin – a trzeba pamiętać, że były to czasy zimnej wojny! Myśl o tym, że współpraca z Rosjanami jest w ogóle możliwa, wydawała się nieprawdopodobna. Na tym tle Mr Spock, Wolkanin o spiczastych uszach, diabolicznej aparycji i zielonej krwi, zdawał się być kimś najzwyklejszym w świecie. Amerykańskiej widowni łatwiej było zaakceptować przyjaznego kosmitę – choć to też było pewną nowością – niż to, że Murzyn, Japończyk czy Rosjanin może być tyle wart, co niebieskooki blond Amerykanin.

Gene Roddenberry od początku podkreślał swe postępowe poglądy, a już w odcinku ,,Let that be our last battlefield” dał im wyraz w sposób bardzo ostry. Oświadczenie, że ludzie nie różnią się między sobą, a kolor skóry jest nieistotny, było wtedy czymś nieomal na miarę galileuszowego „A jednak się kręci”. W ,,Star Treku” różnice w kolorze skóry są tak bardzo nieistotne, że gdy w innym odcinku (,,The Savage Courtain”) zjawa Abrahama Lincolna określa Uhurę jako „czarną” (nigresse) i zaraz potem przeprasza, oficer łączności jest tym wyraźnie zdziwiona. Nie rozumie obrazy, która kiedyś kryła się za tym słowem, gdyż w jej czasach ono znaczy nie więcej, niż zwrócenie się do nieznajomego blondyna słowami „Ty o jasnych włosach.” Jest jedynie stwierdzeniem faktu, nie stanowiącego żadnej podstawy do wstydu.

Gene Roddenberry nie zamierzał na tym poprzestać. Prowadził rodzaj wojny podjazdowej z hollywoodzkimi cenzorami, starając się mimo ich surowości pokazać widzom to, co chciał by zobaczyli. Przede wszystkim zatrudnił na powrót Lee Hudec, która – z utlenioną fryzurą i nazwiskiem zmienionym na Majel Barret – zagrała pielęgniarkę z ambulatorium i podłożyła głos pod komputer pokładowy. Był to swoisty prztyczek w nos szefostwa, które zresztą w ogóle nie połapało się w sprawie. Poza tym rola Mr Spocka ulegała, wbrew wyraźnym wytycznym, stopniowemu rozszerzeniu, aż stał się on postacią równie ważną co kapitan.

Twórca nie mógł niestety przeforsować żadnego w miarę rozsądnego kostiumu dla żeńskich załogantek – ich minispódniczki i wymyślne fryzury przeszły do historii jako symbol kiczu, ale takie byty wymagania szefów sieci CBS i wytwórni Desilu (później wchłoniętej przez Paramount Pictures). Mimo wszystko reżyser starał się ukazać kobiety jako nie mniej warte niż mężczyźni. Po raz pierwszy w amerykańskiej telewizji śliczna panienka na ekranie nie była dodatkiem do ratującego ją bohatera, a potrafiła sobie radzić sama. Roddenberry pokazał załogantki USS Enterprise, ubrane co prawda bez sensu, ale umiejące bez pomocy męskiego ramienia wydostać się z opresji, walczyć wręcz z przeciwnikiem przewyższającym je siłą fizyczną (i zwyciężać). Wprowadził kobietę jako wysokiego rangą dyplomatę, zajmującego się negocjacjami pokojowymi. Na tym nie koniec. Urocza Uhura nie tylko pracuje przy konsoli łączności jako kosmiczna telefonistka, co jeszcze można było przełknąć, ale w razie awarii bierze lutownicę, otwiera panel i naprawia obwody! To wtedy było nie do pomyślenia. Trzeba podkreślić, że nie chodziło tu o kosmitki (z którymi mogło być różnie), a o zwyczajne Ziemianki. Do tej pory tak zwana „silna kobieta” na ekranie była przestępczynią, lub co najmniej osobą wątpliwą moralnie. Gene Roddenberry jako pierwszy powiedział Amerykanom:

– Kobiety w niczym, ale to w niczym nie ustępują mężczyznom.

Jakby tego było mało, w wielu odcinkach scenarzyści zręcznie przemycali podsunięte przez twórcę treści: problemy ekologiczne, potrzebę kontroli urodzin, niemoralność kary śmierci, niesprawiedliwość stosunków społecznych, potworność wojny… Swą walkę z rasizmem posunął do śmiałego ukazania pierwszego międzyrasowego pocałunku w amerykańskiej telewizji! Wywołało to mniejszą burzę, niż się spodziewano, głównie z powodu niezwykłej urody i wdzięku Nichelle Nichols, która zdążyła już podbić serca telewidzów. Jeden z fanów, komentujących ten odcinek (,,The Plato Stepchildren”), napisał wprost, że jest zwolennikiem segregacji rasowej i zdania nie zmieni, ale dla kapitana Kirka i Uhury robi wyjątek. Wiąże się z tym jednak zabawna historia – cenzorzy pozwolili na pocałunek, ale pod warunkiem, że usta aktorów nie będą się stykać… William Shatner i Nichelle Nichols oczywiście na złość im pocałowali się naprawdę, a ekipa filmowa udawała, że nic nie widzi.

Roddenberry był z natury pacyfistą, co w latach 60’tych nie było dobrze widziane, do tego jego poglądy na sprawiedliwość społeczną ściągały na niego podejrzenia o sprzyjanie komunistom. W Hollywood, gdzie prowadzono bezwzględne „polowanie na czerwone czarownice”, była to rzecz bardzo niebezpieczna. Co prawda ten zarzut nigdy oficjalnie nie został sformułowany pod adresem twórcy ,,Star Treka”, ale w pewnym momencie stało się jasne, że jego ukochanemu tworowi trzeba „ukręcić łeb”, co też zrobiono. Decyzja zapadła prawdopodobnie po wyemitowaniu wspomnianego wcześniej odcinka ,,Let that be our last battlefield”, w którym Roddenberry ośmielił się użyć jako przebitek prawdziwych zdjęć z Hiroshimy. Do dziś jednak nie wiadomo, czy stało się to wtedy, czy może jeszcze wcześniej. W każdym razie zespół dowiedział się, że czwartego sezonu nie będzie, gdy już przygotowywał się do rozpoczęcia zdjęć. Majel Barrett, już wówczas żona Roddenberry’ego, powiedziała nawet wprost, że wytwórnia „zarżnęła kurę, znoszącą złote jajka”. Jednak tym razem żadne protesty ani argumenty nie pomogły. Po niewygodnym serialu miał zaginąć ślad.

Okazało się jednak, że amerykańska publiczność wcale nie jest taka głupia jak sądziła wytwórnia. Ludzie chcieli oglądać serial, który piętnował grzechy ich politycznie poprawnej codzienności. Żądali go. Niemal od razu po zamknięciu produkcji ,,Star Trek” zaczęto powtarzać  na prywatnych kanałach telewizyjnych, w niewielkich lokalnych sieciach, i każda powtórka gromadziła coraz większą widownię. Zaczęły powstawać pierwsze zrzeszenia fanowskie, organizowano pierwsze konwenty. To było nieoczekiwane, nawet aktorzy, których zaczęto nagle zapraszać na takie zjazdy, byli zdziwieni. Okazało się, że fani nie myślą o nich zapomnieć, że kochają ich i chcą z nimi rozmawiać. Była to dla nich wielka pociecha, gdyż mieli ogromne kłopoty ze zdobyciem nowych angaży i może tylko jeden Leonard Nimoy, obdarzony dużym talentem biznesowym, dawał sobie jakoś radę. Konwenty, na których byli oblegani i adorowani, pozwalały im uwierzyć w siebie i nabrać nowych sił do walki o choćby drobne role.

Czemu ludzie tak pokochali ten serial, do tego stopnia niedoinwestowany, że przypomina ze swymi kartonowymi dekoracjami i gumowymi potworami raczej Teatr Telewizji, nie uczciwą produkcję sf? Miał on zalety, które szefom CBS wydawały się nieważne, ale zdobyły ludzkie serca – dawał nadzieję na lepsze jutro, pokazywał, że zawsze można się dogadać, że walka jest niepotrzebna, a każdy, niezależnie od narodowości czy koloru skóry, może osiągnąć to samo, jeśli dać mu szansę. Co nie najmniej ważne – ,,Star Trek” rozbudzał zainteresowanie nauką, podsuwał nowe pomysły. Stał się inspiracją do kilku ważnych wynalazków, choć humorystycznym wydaje się dziś fakt, że teleportacja, dziś nieomal sztandarowa technologia sf – po raz pierwszy pokazana właśnie w oryginalnej serii – została wymyślona przez twórców … wyłącznie w celu zaoszczędzenia kosztów. Po prostu brakowało pieniędzy na montowanie scen z udziałem promów. Dziś jeszcze nie jest ona możliwa do przeprowadzenia na obiektach większych niż jedna molekuła, a i w tym przypadku wyniki eksperymentu są dyskusyjne. Inne gadżety znane ze ,,Star Treka” jednak zaistniały, choćby telefon komórkowy, płaski ekran komputera, napęd jonowy, procesor sterowany głosem, a nawet nowoczesna aparatura medyczna czy hit ostatnich lat, tablet. To wszystko po raz pierwszy zobaczono w latach 60’tych, właśnie w oryginalnej serii, i te „fantasmagorie” stały się ziarnami, które rzucone na podatny grunt ścisłych umysłów wydały owoce w postaci tego, co dziś znamy i używamy. Smutne, że nawet największe zainteresowanie społeczeństwa nie mogło przełamać oślego uporu wytwórni Paramount, która przejęła po Desilu prawa do serialu. Produkcji nie wznowiono.

Ale ruch „trekkies” został i rozwijał się nadal.

Zdawało się, że ,,Star Trek” jest martwy. Krótki serial rysunkowy z 1973 roku, ,,Star Trek: The Animated Series”, który miał wypełnić lukę po przerwanej produkcji, nie sprawdził się. Marna grafika i z konieczności skrótowe ujęcie najważniejszych kwestii spowodowały, że nie zyskał akceptacji widzów.  Za to powtórkowe emisje oryginalnej serii cieszyły się coraz większym powodzeniem, a działalność fanów zataczała coraz szersze kręgi.

W roku 1977 na ekrany wszedł film ,,Gwiezdne Wojny: Nowa Nadzieja”, rozpoczynając nową erę fascynacji kinowym sf (na marginesie można dodać, że w całej Gwiezdnej Sadze jest całkiem sporo zapożyczeń z serialu Roddenberry’ego, choćby teleportacja, wiązka holownicza, koncepcja Miasta W Chmurach a nawet motyw z duszeniem kogoś siłą umysłu na odległość). Z powodzenia i komercyjnego sukcesu tego filmu skorzystał też ,,Star Trek” – wytwórnia Paramount Pictures zgodziła się, by Gene Roddenberry zebrał starą ekipę i zrealizował film ,,Star Trek: The Motion Pictures”. Powstało monumentalne dzieło, porównywane czasem do ,,Odysei Kosmicznej” Kubricka, zawierające bardzo niewiele odwołań do serialu, a więc mogące zainteresować nawet tych widzów, którzy oryginalnej serii nie widzieli. Film odniósł duży sukces finansowy, był też bardzo przychylnie oceniany przez krytykę i zdawało się przez chwilę, że pomoże to we wskrzeszeniu telewizyjnej legendy. Serial, nazwany roboczo ,,Star Trek: Phase II”, miał już gotowy scenariusz na kilkanaście odcinków, odnowiono też stare dekoracje i podpisano umowy z aktorami. Na dwa tygodnie przed rozpoczęciem zdjęć wytwórnia jednak wycofała się z projektu, bez podania przyczyn.

Przepadła ostatnia szansa na wykorzystanie młodości znanych aktorów, na otarcie łez zostały realizowane później filmy kinowe. Było ich jeszcze pięć, o bardzo różnym poziomie scenariuszy. Co gorsza, w dużo większym stopniu niż pierwszy z nich nawiązywały do serialu, co utrudniało postronnym widzom pełne zrozumienie treści. Aktorzy starzeli się w widoczny sposób i wkrótce trudno było uwierzyć, że ktoś przy zdrowych zmysłach pozwoliłby ludziom w tym wieku wykonywać odpowiedzialne zadania w warunkach przestrzeni kosmicznej. Jednak sentyment dla starej ekipy powodował, że fani przymykali na to oko. Widownię w końcu stanowili właściwie tylko oni, bo ludzie „przypadkowi” rozumieli z tych filmów najwyżej połowę, nie znając wydarzeń z serialu. Na większą uwagę zasługuje jedynie ,,Star Trek IV: The Voyage Home”, który ze względu na swe proekologiczne przesłanie został dostrzeżony w szerszym gronie i nagrodzony Saturnem w kategorii Najlepsze kostiumy. Otrzymał też 16 nominacji do innych nagród, w tym do Oscara. Nie sposób też nie wspomnieć tu o książkowej formie przekazu – początkowo były to literackie przedstawienia odcinków serialu i filmów, ale bardzo szybko zaczęły powstawać opowiadania i powieści, będące dopełnieniem tego, co można było zobaczyć na ekranie. Zdecydowanie najlepszymi autorami w trekowej literaturze okazali się Alan Dean Foster i Vonda McIntyre, choć oprócz nich pisało te książki wielu innych literatów, nawet William Shatner, filmowy kapitan Kirk. Literatura trekowa liczy dziś setki tomów i wciąż się rozrasta.

Były już lata 80’te. Zmieniło się kierownictwo wytwórni, czasy były inne i nagle ktoś wpadł na pomysł, że przecież można niejako „odmłodzić” starą produkcję. Dać nowy statek, nową załogę, a zostawić znane widzom realia. Tak powstał serial ,,Star Trek: The Next Generation”, który wszedł na ekrany w 1987 roku. Bazujący początkowo na skryptach do nie nakręconego ,,Phase II”, a później już na pisanych na bieżąco scenariuszach. Serial odniósł ogromny sukces i przetrwał pełne siedem sezonów. Ich dopełnieniem były cztery filmy kinowe, niestety mało udane.

,,Star Trek” wyraźnie nie miał szczęścia do dużego ekranu. W połowie realizacji ,,The Next Generation” zmarł Gene Roddenberry, co miało duży wpływ na kształt serialu. Scenarzyści i reżyserzy zaczęli pomału odchodzić od radosnej wizji różowej przyszłości. Zgodnie z „nowszym spojrzeniem” zrealizowano również dwa spin-offy, które nakręcono, by maksymalnie wykorzystać nowo zbudzoną koniunkturę, ,,Star Trek: Deep Space Nine” i ,,Star Trek: Voyager”. Szczególnie pierwszy z nich był biegunowo odmienny od tego, co dawał ludziom Roddenberry. Mimo że oba seriale zdołały przetrwać siedem sezonów, zebrały wiele krytycznych uwag. Pierwszy krytykowano za ciężką, mroczną atmosferę, militarystyczny wydźwięk, którego „ojciec Treka” unikał jak ognia i rozwlekłą fabułę. Drugi „grzeszył” przede wszystkim wtórnością pomysłów i brakiem dopracowania naukowego, przez co w scenariuszu znalazło się wiele jawnych absurdów, jednak do jego plusów zalicza się to, że do pewnego stopnia jego twórcy starali się przywrócić typowe dla Roddenberry’ego widzenie świata.

Ostatni z trekowych seriali, ,,Star Trek: Enterprise”, który powstał już w nowym tysiącleciu, nie zadowolił ani krytyki, ani fanów i został przerwany po czwartym sezonie. Do jego klęski przyczynił się nie tyle bardzo nierówny poziom, co pewien przesyt formy – fani widzieli już dużo i chcieli zobaczyć coś, co ich zaskoczy, a nie „odgrzewane kotlety”. Znany z oryginalnej serii slogan „dotrzeć tam, gdzie nigdy przedtem nie był jeszcze żaden człowiek”, już nie wystarczał im do szczęścia. Za swój kaprys fani mieli drogo zapłacić, gdyż produkcję ,,Enterprise” przerwano, a żaden inny serial na to miejsce nie powstał. Od tej pory zapanowała cisza. Po raz pierwszy od 1987 roku lata płynęły, a żaden nowy sezon któregoś z seriali nie ukazywał się na ekranach. Mimo pojawiających się co jakiś czas projektów i zaangażowania fanów wytwórnia Paramount postanowiła definitywnie pogrzebać ,,Star Trek”. Wyglądało na to, że tym razem jej się uda.

W 2007 roku pojawił się jednak pewien promyk nadziei. Powstał pomysł na nowy film kinowy, mający być całkowitym odmłodzeniem tematu, przy jednoczesnym powrocie do źródeł. Realizacją zajął się młody, ale już dobrze znany widzom reżyser i producent, JJ Abrams, za scenariusz wzięli się Robert Orci i Alex Kurtzman. Cóż skłoniło ich do próby wskrzeszenia tego, co zdawało się martwe? Na pewno chęć zarobku, ale zarobić można tylko na tym, co da się sprzedać. ,,Star Trek” najwyraźniej wciąż pozostaje bardzo pożądanym na rynku produktem, który przyciąga wciąż nowych fanów. Jego magia jest naprawdę silna. To, że całkiem młodzi widzowie chętnie oglądają ,,The Next Generation” lub ,,Voyagera”, można jeszcze tłumaczyć dopracowaną oprawą obu seriali, oraz akcją, w której nie brakuje strzelanin i pościgów.

Jednak co sprawia, że kilkunastoletni widzowie, wychowani na ,,Matrixie” i ,,Harrym Potterze”, wciągają się w oglądanie czegoś tak przestarzałego wizualnie jak oryginalna seria ,,Star Treka”? Odpowiedź na to pytanie nasuwa się sama – po prostu ,,Star Trek” ma coś, czego nowym serialom brakuje.

JJ Abrams i jego ekipa postanowili wyekstrahować sedno tego serialu i niejako napisać jego historię na nowo, zachowując jednak to, co sprawia, że ma on taką władzę nad umysłami i sercami fanów. W rezultacie powstał film, nazywany przez jednych ,,Star Trek 2009”, przez drugich zaś ,,Star Trek XII”, jako że jest to dwunasty kinowy film z tego uniwersum. Trzeba przyznać, że na tle remake’ów innych starych hitów prezentuje się on naprawdę dobrze. JJ Abrams troskliwie dobrał aktorów, mając na uwadze nie tylko ich wygląd, ale również osobowość. Mimo scenariusza, pełnego logicznych dziur i mało oryginalnego, akcja filmu toczy się wartko, a reżyser zdołał nasycić swe dzieło tym, co Roddenberry uważał za tak ważne – nadzieją na lepszą przyszłość. Silna krytyka ze strony hardcorowych fanów nie osłabiła zainteresowania widowni. Był to – jakby nie patrzeć – pierwszy wysokobudżetowy film ,,Star Trek”. Kosztował 150 mln dolarów, mógł się poszczyć naprawdę dobrymi efektami specjalnymi, a wpływy z samych tylko biletów kinowych, nie licząc sprzedaży DVD, książek i gadżetów, wyniosły 379 mln. Nie jest to może suma, która oszałamia, gdy weźmie się pod uwagę wpływy z prawdziwych kasowych hitów, ale dotąd żaden kinowy ,,Star Trek”, poza ,,The Motion Pictures”, nie zarobił aż tyle w stosunku do budżetu. Dało to zielone światło dla produkcji dalszych filmów i, być może, nowego serialu.

Starzy, zatwardziali trekkerzy nie zostawili na filmie Abramsa suchej nitki. Zarzucali mu przede wszystkim brak oryginalności i wypaczenie idei Roddenberry’ego, zakładających rozwój osobowości bohaterów. Trudno nie przyznać im racji – w tej kwestii scenarzyści wyraźnie poszli na skróty. Nieliczni pogodzili się z nową wizją i nowym filmem  dzięki niewielkiej roli, jaką zagrał z nim Leonard Nimoy oraz dzięki Majel Barrett-Roddenberry, która udzieliła Abramsowi swego poparcia i zdążyła jeszcze przed swą śmiercią w listopadzie 2008 roku podłożyć do filmu głos komputera pokładowego Enterprise. Robiła to we wszystkich dotychczasowych filmach i serialach. Jednak większość hardcorowych fanów skrytykowała mocno dokonanie Abramsa. Powodów nie brakowało, dostarczał ich w żądanej ilości scenariusz, sama intryga oraz aktorzy, którzy mieli niezaprzeczalną wadę – nie byli starą ekipą. Na ten ostatni zarzut trudno coś poradzić. Ci z oryginalnej obsady, którzy żyją do dziś, są już bardzo wiekowi a film Abramsa miał ukazywać – i ukazał – ludzi bardzo młodych, dopiero rozpoczynających swą drogę ku gwiazdom. I – cokolwiek nie myśleliby o nim fani, oddani starej wizji Treka – stał się kamieniem milowym, na nowo rozbudzającym zainteresowanie dziełem Roddenberry’ego.

,,Star Trek” otrzymał nowe życie. Oby trwało ono wiecznie.

11 KOMENTARZE

  1. Beam him Up God
    Niech spoczywa w spokoju w Kosmosie.

    A żeby komentarz nie był tak do końca smutny: może Sheldon z Big Bang Theory go odtworzy, ma w końcu serwetkę z jego DNA 🙂

      • Lubię ten artykuł bo wyjasnia dlaczego jest tak wielu fanów Star Treka. Po prostu chciałabym aby ludzie zdali sobie sprawę jak wielki wpływ na ich codzienne życia miał Star Trek, nawet jeśli nie są do końca świadomi. Zreszta warto spojrzeć na te „ipody” z ST: TNG i porównac do pierwszych wersji. Nie mowiąc o tym, że w Star Treku były Pady do czytania 😉

        A ja siedzę i oglądam Star Treka od piatku… Nie mogę przestać.

        • Bardzo dobry artykuł. O tym, że nie mieli pieniędzy i musieli wymyślić teleport wiedziałem, ale o problemach z polityką i cenzorami nie wiedziałem kompletnie nic. USA to jednak państwo policyjne.

Comments are closed.