Kiedy już myślę, że devsi wymyślili wszystko co możliwe, aby wyciągnąć pieniądze od graczy, które to mają wesprzeć ich produkcje, to wtedy pojawia się coś takiego i po prostu „ręce mi opadają„.

Richard Garriot to twórca takich kultowych gier jak Ultima oraz Tabula Rasa. Jest to człowiek, który od wielu lat nalega by ludzie zwali go Lord British, czyli tak jak nazywała się jego postać w Ultima Online. Od lat 70-tych tworzy gry, ale w między czasie prywatnie poleciał na stacje kosmiczną. Od kilku lat natomiast tworzy nowy tytuł Shroud of the Avatar: Forsaken Virtues, w skrócie SotA.

Owszem, czytam czasami o postępie prac nad tym tytułem, ale jak na razie prócz tego, że gra ta tworzona jest przez Lorda Britisha, to jakoś nie udało jej się przyciągnąć mojego zainteresowania.No dobrze, może przez chwilę zainteresowałam się SotA, ale stało się to po tym, jak kilka miesięcy temu Lord British w trakcie zimowego streamu obciął końcówkę swego słynnego warkoczyka, by wystawić go na aukcję i wesprzeć zbieranie funduszy potrzebnych do produkcji. I wtedy myślałam sobie, że jest to nieco dziwny człowiek i, że chyba mnie już niczym nie zaskoczy.

I tak było… do piątku.

Tym razem szef studia Portalarium sprzedaje coś bardziej pokręconego – swoją własną krew! W czasie piątkowego streamu studio to ogłosiło kolejną zbiórkę pieniędzy na Shroud of the Avatar i w czasie żartów o społecznych granicach jakie zostaną przekroczone tym razem, Lord British i jego wieloletni współpracownik Long Starr, poinformowali, że będą sprzedawać własną krew!

Specjalnie stworzone przez Steve Brudniaka relikwiarze wypełnioną krwią i pierwotnie umieszczono na e-bay w cenie 5.000$ za sztukę. Po kilku godzinach przedmioty te jednak usunięto z e-bay i umieszczono w sklepie Protalarium, dzięki czemu część zebranych fundusze wesprze fundację. I ludzie kupują te relikwie!

Shroud-of-the-avatar-krew-lord-british

A co dziwniejsze, krew ta pobrana została na żywo w czasie piątkowego streamu!

Ja nie wiem czy po czymś takim jeszcze coś mnie zaskoczy. A z drugiej strony, to żyjemy chyba w czasach kiedy nie obowiązują już żadne społeczne granice dotyczące zbieranie funduszy na realizacje projektów. Jeśli o mnie chodzi, to czuję lekkie „fuj”…