Ćmoczłowiek, zwany potocznie jako Mothman, czyli wielki facet o świecących jak reflektory oczach z jeszcze większymi skrzydłami, jest olbrzymią częścią kultury Wirginii Zachodniej. Nie ma się więc co dziwić, że można go spotkać (chyba?) także w Fallout 76.

Piszę „chyba”, bo to co spotkałam nie przypomina za bardzo człowieka, ale z pewnością jest wielgachną zmutowaną ćmą o przerażających oczach. Oczywiście, jako że akcja gry osadzona została po nuklearnej zagładzie, jest wielce prawdopodobne, że i ten dziwaczny stwór mógł zmutować i w ramach swojej mutacji powraca do formy przypominającej ćmę, więc w sumie wszystko jest w normie…

Jakby nie było Mothman jest obecny w Fallout 76, a w raz z nim znajdziemy tutaj także miasteczko, które odwiedzał – Point Pleasant. Prócz tego znajduje się tutaj także zniszczony (podobno) na skutek jego pojawiania się most, gdzie zginęło kilkadziesiąt osób, oraz muzeum i oddanych mu, lekko stukniętych, wyznawców. Jest też cała banda kotów – nie zmutowanych, ale za to piekielnie szybkich i nie współpracujących  podczas robienia zdjęć.

Więc po kilkudziesięciu godzinach gry w Fallouta 76, postanowiłam w końcu zapoznać się z tym tajemniczym stworzeniem i w tym celu wybrałam się do Point Pleaseant.

Jeśli jeszcze tam nie byliście, to radzę odpowiednio przygotować się Wam do wyprawy. Po pierwsze, to należy zostawić Anioła w domu, bo zniszczy prawie wszystko co właśnie mieliście ochotę sfotografować z niewinnym uśmiechem i słowami „To nie Ja…„.

Po drugie, należy pozbyć się nieco ciężarów ze swojego ekwipunku, bo w miasteczku tym znaleźć można olbrzymią ilość materiałów leczących i innych śmieci. Opuszczając je pierwszego wieczora (poszłam tam także kolejnego – sama, by sfotografować to, co nie udało się tego poprzedniego) miałam w ekwipunku ponad 20 stimpaków, a do tego znalazłam po kilka RadAway, Rad-X, Med-X, a nawet tabletki na choroby. Cudowne miejsce 🙂

Po trzecie to weźcie lornetkę, bo niedaleko lata całe stado dzikich ładunkobotów i naprawdę przyjemnie na nie popatrzeć. Niestety, nic innego nie zrobicie, bo w tym miejscu kończy się także udostępniona nam mapa.

Ogólnie Point Pleasant ma swój urok, którego nie zniszczyły ani całe stada kleszczy i pluskiew, ani horda spalonych, a kilka odkrytych tajemnic i ciekawe opowieści (tak – jestem z tych słuchających i czytających), naprawdę czynią to miejsce idealną atrakcją turystyczną.

Polecam!